„Kamienie z nieba”, Jaan Kross – ESTONIA, CZ. 3 – Kulturalny Nihilista

Poranek w gospodarstwie w Äksi, u pastora Masinga, wygląda tak samo, jak niemal każdy dzień. Służba szykuje śniadanie dla całej rodziny i wszystkich obecnych w gospodarstwie gości, a tych jest niemało. Oprócz pastora do stołu zasiadają trzy jego córki z pierwszego małżeństwa, w tym jedna ze swoją rodziną, jego żona, Włoszka z pochodzenia, Cara, a także liczni naukowcy, literaci i twórcy szeroko pojętej kultury.

Śniadanie mija powoli i spokojnie, gdy niespodziewanie przerwane zostaje wkroczeniem do domostwa chłopca ubranego po wiejsku, lecz z jakąś dworską manierą w ruchach, z jasnymi, długimi do ramion włosami. Gdy pierwszy szok mija, gospodarz zaprasza młodzieńca do środka i wówczas rozpoznaje w nim Petersohna, młodego, aspirującego poetę, który przyszedł do pastora z prośbą o wstawiennictwo wyżej i zaaprobowanie wydania jego „Mitologii”. Masing obiecuje porozmawiać z młodzieńcem o 18, w swojej bibliotece, tymczasem zachęca poetę do zostania w domu, powierzając go pod opiekę najmłodszej córki oraz młodej, 27-letniej żony.

Gorącokrwista Włoszka natychmiast ulega dziwnemu urokowi roztaczanemu przez nieznanego jej mężczyznę. W pośpiechu biegnie się przebrać w najlepszą suknię, jaką posiada w swojej skromnej kolekcji, by niedługo później rozpocząć niedwuznaczny, odważny jak na osobę jej statusu, flirt z Petersohnem w bibliotece męża. Czaruje uśmiechem, zapachem, ogładą, wiedzą i oczytaniem, a także przypadkowym dotykiem ręki poety swoją piersią, wierząc, że ten zjawi się na obiedzie.

Gdy dochodzi pora obiadowa, okazuje się, że poeta się nie zjawił. Zamiast tego młody Estończyk snuje w przydrożnej karczmie rozmyślania o późniejszym spotkaniu z pastorem, zwalczając natrętne, lecz przyjemne myśli o młodej żonie duchownego, tak radej jego niespodziewanej obecności. Tylko przez wzgląd na swój cel – wydanie swojej książki oraz promocja swoich dzieł, decyduje się zawrócić do gospodarstwa państwa Masing, gdzie prezentuje swoje pieśni i przekłady twórczości greckich poetów starożytności, w tym Anakreonta, w zamian za historię o kawałkach meteorytu, zdobytych przez pastora. Zachęcany do pozostania na kolacji, po raz kolejny jednak decyduje się na pospieszną ucieczkę przez ostentacyjnym zachowaniem i pełną namiętności urodą Cary, która goni go, krok za krokiem, jak nadciągająca choroba.

„Kamienie z nieba”, autorstwa Jaana Krossa, to specyficzna, lecz bardzo ważna dla historii Estonii książka. Autor przedstawia w niej jeden zwyczajny dzień z życia Otta Wilhema Masinga – jednego z twórców zasad gramatyki i ortografii języka estońskiego, żyjącego w latach 1763-1832. Masing, choć z pochodzenia był Niemcem, wykazywał ogromne zainteresowanie Estonią i jej kulturą, postulując wprowadzenie powszechnej edukacji wśród chłopstwa, z naciskiem na naukę języka estońskiego, choć sam kraj nie posiadał jeszcze wielkich dzieł w swoim narodowym języku. Podczas tego wyjątkowego dnia poznajemy także postać jeszcze ważniejszą – poetę Kristjana Jaaka Petersona (1801-1822), który dopiero 100 lat po swojej śmierci, gdy został zapomniany przez szerszy lud, poza wąskim gronem specjalistów, uznany został za ojca współczesnego języka estońskiego oraz estońskiej literatury ogółem. Przyczynił się także do rozpowszechnienia mitologii fińskiej, którą opisał w swoim największym dziele „Mythologia Fennica”.

Przedstawienie obu tych postaci w jednym dziele miało potrójne znaczenie. Po pierwsze, obaj pisali artykuły lingwistyczne do czasopisma „Beiträge”, wydawanego w tamtych czasach przez bałtyckiego Niemca, podobnie jak Masing będącego estofilem, Johanna Heinricha Rosenpläntera. Po drugie, obaj, mimo krótkiego życia Petersona, mieli ogromny wpływ na rozwój estońskiej kultury i poczucia odrębności narodowej, tak potrzebnej w czasach, gdy wpływy niemieckie z jednej strony, a rosyjskie z drugiej widoczne były na każdym kroku i żywo funkcjonowały w całych niemal Inflantach. Oraz po trzecie, co najcenniejsze dla fabuły “Kamieni z nieba” – Jaan Kross zarysował nieco niewinny romans pomiędzy Carą, o żywym temperamencie i południowej krwi, a Petersenem, przejawiającym raczej chłodny, północny dystans i powściągliwość, tworząc tym samym powieść tyle patriotyczną, co zakorzenioną w literaturze przełomu oświecenia i budzącego się w tej części Europy romatyzmu.

Już sama forma powieści jest interesująca. Zamiast linearnej fabuły otrzymujemy trzy perspektywy widzenia tych samych sytuacji, przedstawione w formach monologów wewnętrznych. Naukowe, ścisłe myślenie pastora Masinga krąży wokół zdobytych kawałków “kamieni z nieba” i ich precyzyjnym zbadaniu i opisaniu, a z czasem zatacza szersze kręgi, sięgając także do licznych rozmyślań na temat języka i kultury, szczególnie pod wpływem młodego poety. Myśli Petersohna analityczne w inny sposób. Poeta zastanawia się nad swoim życiem, nad kulturą swojej ojczyzny, ceniąc także kulturę niemiecką oraz polską, która jest mu znana ze względu na pochodzenie jego matki. Z czasem do tych myśli dochodzi rodzące się uczucie do młodej żony pastora. Uczucie, które dotychczasowe racjonalne myślenie zamienia w pełne niepewności i wątpliwości rozmyślanie. Natomiast myśli Cary to wybiegają w przód, pełne pragnień i pożądania, jakie wywołuje w niej nieznajomy, tak dużo młodszy od jej ukochanego męża, że aż zniewalająco pociągający, w dodatku o niechlujnym ubiorze, lecz z królewską manierą i oczami w kolorze chabrów. To znów wracają do codziennych prac domowych, cerowania bielizny swoich pasierbic, sadzenia tulipanów czy pilnowania, by służba nagrzała w odpowiednich pokojach i przygotowała wszystko do kolejnego posiłku.

“Kamienie z nieba” stają się tym samym nie tylko ważną dla estońskiej literatury powieścią; stają się czymś na kształt rozprawy łączącej epoki, kraje, charaktery i emocje, pokazując Estonię jako kraj pełen intensywnego i wyjątkowego życia.

Metryczka wydawnicza:

Tytuł: Kamienie z nieba
Tytuł oryginału: Taevakivi
Autor: Jaan Kross
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1997
Rok wydania oryginału: 1975
Liczba stron: 125

„Chłopiec jest synem dzwonnika z Rygi. Nie jest więc tak skromnego pochodzenia, jak przypuszczałam: z powodu kaftana sądziłam, że przychodzi prosto od pługa… Uniwersytet rzucił w zeszłym roku, bo niczego istotnego go tam nie uczyli.
– Jak to?
– A tak, łaskawa pani, że cała ta humanistyka, którą tam wykładają, to głównie scholastyczne brednie sprzed wielu wieków.
A więc to tak… Czuję, że mogę się znaleźć na niepewnym gruncie… te słowa podyktowała mu oczywiście młodzieńcza buta, przepojona bezbrzeżną pewnością siebie i dlatego chyba aż tak nieumiarkowana…
– Ale dlaczego pan jest tak oryginalnie ubrany? Pan daruje mi tę ciekawość, prawda?
Pytam go tak miękko, jak tylko potrafię, i z zainteresowaniem. Bo dla niego te dziwactwa muszą mieć jakiś głębszy sens. Jestem prawie gotowa pogłaskać dużą, żylastą rękę mojego rozmówcy, żeby mu dodać odwagi. Ale on wcale tego nie potrzebuje. Pyta, czy może zapalić fajkę. I mówi:
– Jeśli chce pani usłyszeć moje wyznanie wiary, proszę bardzo. Chcę, żeby to ubranie było wezwaniem: pozostańmy wierni swoim korzeniom, bądźmy wierni samym sobie! Ach, czy to zawsze jest konieczne? Jeśli potrzebne jest życie każdego człowieka, to życie całego narodu jest, moim zdanie, co najmniej tak samo ważne… Od dawna obserwuję, jak wykształcony odłam narodu estońskiego, ta przeraźliwie nieliczna elita, która w przedziwny sposób jednak powoli się tworzy (nie mam na myśli młynarzy czy burmistrzów), natychmiast usiłuje zniknąć, to znaczy, wyłazi ze skóry, żeby się odciąć od swojego narodu. Przy tym prostackie natury przyznają wprost: dla tłustego jadła, a rezonerzy mówią: na mocy nieuchronnej konieczności. Był na przykład w Tartu pewien student, o parę lat starszy ode mnie, niejaki Ploschus, który wyśpiewywał, wprawdzie po niemiecku:

Jestem Estończykiem…

A teraz już wiadomo, że stał się…
– Kim?
– Panem pastorem, który mówi swoim dzieciom, że są Niemcami.
Pan Petersohn gniewnie zmarszczył czoło. Oho, myślę sobie; potrafisz być taki!… I mam ochotę się z nim podroczyć. Spłoszyć go. Żeby zobaczyć jego reakcję”.